Padłeś – Powstań

Jestem osobą, która w różnych, wydawałoby się banalnych sytuacjach, potrafi wyciągać trafne wnioski i transferować wiedzę do biznesu z różnych dziedzin życia. Pewnie dlatego jestem tak ceniony jako coach i trener. Ostatnio właśnie w takiej nietypowej sytuacji – podczas nauki jazdy na snowboardzie podczas ferii zimowych, pojawił się w  mojej głowie pomysł na wpis.Ktoś pomyśli: „Co ma wspólnego nauka zjeżdżania na snowboardzie z biznesem, zarządzaniem zespołem, pokonywaniem nowych wyzwań i wyznaczaniem celów?”. Jak się okazuje bardzo dużo. Wniosków było tak wiele, że zdecydowałem się na bieżąco nimi dzielić z fanami Szkoły Inspiracji na Facebooku (zobacz).

Podczas tygodniowego wyjazdu miałem plan, by wreszcie rozszerzyć moje umiejętności uprawiania sportów zimowych o naukę jazdy na snowboardzie. Chciałem wreszcie poczuć, czym różni się jazda na desce od jazdy na nartach. Musze przyznać, że jest zupełnie inaczej, ponieważ na nartach dwie nogi są niezależne, a na desce są one przytroczone razem. Technika jest zupełnie inna i to doświadczenie sprawiło, że wysnułem wiele wniosków, które można przenieść do biznesu.

  1. Jeżeli masz zrobić coś nowego – przygotuj się możliwie najbardziej precyzyjnie

Ostatniego dnia, jeden z moich znajomych, który był razem ze mną na tym turnusie, stwierdził: „Dobra, Leszek, wypożycz sobie deskę, pokażę Ci, jak się na niej jeździ”. Byłem przygotowany, że jak będę zjeżdżał, to będzie to dla mnie coś nowego i nie będę potrafił, tego zrobić… jednak udało mi się. Po zjeździe otrzymałem informację od mojego znajomego, że bardzo dobrze mi szło: „Leszek! Jestem pod wrażeniem! Za pierwszym razem taki efekt!”. Odpowiedziałem z uśmiechem,: „Wiesz co? Ja już tyle razy zjechałem w swojej głowie, że jakoś nie czuję, żeby to był pierwszy raz”.

Obserwując innych ludzi jak zjeżdżają, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, jak to będzie, gdy ja będę zjeżdżał i co konkretnie trzeba robić w którym momencie – kiedy pięty, kiedy palce, jak się obracać. Oczywiście samo wyobrażenie jest zupełnie czymś innym niż doświadczenie, niemniej jednak to bardzo dużo daje. Później rzeczywistość weryfikuje teorię, jednak w myśl zasady: „Wszystko powstaje dwa razy”, lepiej mieć wcześniej to wyobrażenie.

Mój wniosek jest więc taki: jeżeli  mam się do czegokolwiek zabrać, to powinienem możliwie jak najbardziej precyzyjnie wyobrażać sobie, jak to będzie wyglądało. I to nie dotyczy tylko i wyłącznie deski snowboardowej, może dotyczyć także rozmowy kwalifikacyjnej, rozmowy biznesowej, wyznaczania celów czy kreowania swego biznesu.

  1. Bądź przygotowany na upadki

Jak tylko założyłem deskę i zacząłem jechać, to… upadłem. Od razu! O ile upadek na nartach jest na prawe lub lewe biodro i jak jedziemy spokojnie to nic się nie dzieje, bo się po prostu zsuniemy, o tyle upadek na desce jest dość bolesny, bo ląduje się albo na kolanach – często lecąc twarzą w śnieg, albo boleśnie na tyłku.

Po tym pierwszym upadku, z tego co rozmawiałem z innymi, wielu ludzi rezygnuje, bo się obawiają ponownego upadku. Ja wiedziałem, że będę upadał, szybko więc się podnosiłem, nie analizowałem zbyt mocno, co ten wypadek spowodowało. Raczej myślałem, co powinienem zrobić lepiej i słuchając mego nauczyciela, podążałem dalej na stoku za jego wskazówkami, żeby tych upadków było mniej.

Jednak upadałem raz za razem, a upadki były naprawdę bolesne. Przekonałem się natomiast, że jeśli nie będę bał się upadku, tylko będę konsekwentnie i szybko po tym upadku wstawał i szukał równowagi, to się w końcu nauczę. To spowodowało, że moja nauka była dużo szybsza niż standardowo.

Jaki z tego płynie wniosek?

Jeżeli zaczynamy coś od nowa, to nie ma szansy, żebyśmy byli w tym mistrzami – nie ma takiej opcji, żeby była w tym równowaga i swoboda – będziemy upadać. Co jest tym upadkiem w biznesie? Odmowa klienta, niezrealizowanie założonych celów itd. Takich drobnych upadków możemy mieć bardzo dużo. Ważne jest to, abyśmy się szybko podnieśli i szybko zaczęli działać dalej – nie celebrowali tego upadku, nie opowiadali innym, nie dmuchali na kolanka, tylko po prostu szybko wstawali na nogi i dalej realizowali swój zamierzony cel. Nie ma sensu się rozczulać nad sobą – wstajemy i ciśniemy dalej. Wyrzucamy z głowy myśli: „Ojej, co będzie, jak upadnę?”, „Co będzie, jak mi klient odmówi?” – na pewno odmówi! Ale nauczysz się, z czego to może wynikać i co następnym razem możesz zrobić lepiej, słuchając swoich mentorów, nauczycieli czy przyjaciół.

Wszystko, każdy upadek i każde podniesienie jest po to, żeby nas doprowadzić do docelowego efektu. Gdy widzimy ludzi, którzy z dużą prędkością, płynnie, pięknie jadą i sprawia im to ogromną przyjemność, to też mamy na to ochotę. To tak samo jak spoglądamy na przedsiębiorców, którzy odnoszą sukces i wszystko im tak łatwo przychodzi.
Ale oni na początku też kilka, kilkanaście razy na początku upadli. Jednak się nie poddali. I być może właśnie to ich odróżnia od tych ludzi, którzy albo się bardzo długo uczą, albo bardzo długo dochodzą do swego celu – oni po prostu po każdym upadku szybko się podnosili i szli dalej do przodu, znowu upadali, podnosili się i szli do przodu.

  1. Zabezpiecz się możliwie jak najlepiej

Pewnie gdybym miał nakolanniki czy inne ochraniacze, to pewnie byłoby mi łatwiej uczyć się jeździć na snowboardzie. Jeśli więc masz możliwość zabezpieczyć się, to warto to zrobić. Nie chodzi o to, żeby głupio ryzykować, bo są też ludzie, którzy stają na stoku i nie mają zielonego pojęcia o technice, a potem kaleczą innych i siebie. To nie o to chodzi. Chodzi o podejmowanie ryzyka zrobienia czegoś nowego, natomiast nie przeginanie, by kogoś nie skrzywdzić. Ja już wiem, że jak pojadę na następny sezon, to wezmę swoje spodnie motocyklowe, które mają nakolanniki, ochraniacze na biodra i tyłek. Służą w końcu do tego, że jak upadnie się na asfalt, to żeby się nie pokaleczyć – co dopiero na śniegu. Wiem, że gdybym się lepiej przygotował, mając odpowiednie ubranie, to nie byłbym tak poobijany. Po co mi teraz te siniaki?

Z drugiej jednak strony warto działać w myśl zasady: „Lepiej z błędem zacząć, niż perfekcyjnie zwlekać”. Mogłem przełożyć naukę jazdy na snowboardzie na kolejne sezony, bo przecież jeszcze nie mam perfekcyjnego sprzętu, więc nie mogę zacząć… Bzdura! Zawsze jesteśmy w dobrym miejscu, aby zacząć. Dopiero po tych pierwszych testach będziemy wiedzieli, czego nam jeszcze brakuje, by lepiej się zabezpieczyć, z kim porozmawiać, kto może być naszym wsparciem, kto może przejąć część obowiązków – jeżeli mówimy o biznesie. Po pierwszych doświadczeniach to wszystko jest bardziej klarowne, to już nie tylko wyobrażenia.

  1. Inspiruj się ludźmi, którzy szybko się podnoszą i prą do przodu

Nie wszyscy ludzie na stoku myśleli tak jak ja. Niektórzy bali się jazdy nawet pierwszy raz, bo widzieli upadki innych. Mówili: „Ojej, to tak strasznie wygląda” i potem już nie próbowali. Były też na stoku takie osoby, które od dwóch lat już jeździły na snowboardzie i jak zobaczyły, co ja robię po pierwszym zjeździe, ile mam w sobie odwagi i determinacji, to dostałem potem od nich informację, że się trochę zawstydziły. Przestały narzekać na to, że im nie wychodzi, tylko wjechały na górę po to, żeby z większą determinacją szlifować swoją technikę. Byłem dla nich swoistą inspiracją. Skoro ja miałem odwagę, by założyć pierwszy raz w życiu snowboard na nogi, a te osoby były młodsze i pewnie dużo bardziej gibkie, to one również mogą.

To też jest fajny wniosek – inspirujmy się takimi ludźmi, którzy się szybko podnoszą, idą do przodu, a nie rozglądajmy się za tymi, którzy mówią: „Temu nie wyszło, tamtemu też, a mój sąsiad to w ogóle nieudacznik…”. W ogóle nie patrzmy w kierunku takich ludzi. Spoglądajmy w kierunku osób, które sobie naprawdę dobrze radzą, bo w myśl założenia, którego uczę: „Jeżeli jedna osoba coś potrafi, to inna też się tego może nauczyć”. Problem jest jednak wtedy, kiedy uczymy się od niewłaściwych osób, patrząc na ludzi, którym się nie udało, którzy raz się potknęli i nie chcą się podnieść. Chociaż często tego nie chcemy, podświadomie się od nich uczymy. Ja byłem inspiracją szybkiego powrotu do równowagi i konsekwentnego trenowania.

  1. Pamiętaj o podstawach

Był taki moment, że jak się uczyłem jeździć to… zapomniałem oddychać. Byłem tak naprawdę spięty, tak mocno skoncentrowany na technice – jak i kiedy sterować deską – że to, co powinno być zupełnie automatyczne – a chyba nie ma nic bardziej intuicyjnego niż oddychanie – się wyłączyło. Jak upadłem, to nie mogłem złapać tchu. Szybko jednak złapałem świadomość: „Ojej, Leszek, zapomniałeś o oddychaniu”. Za każdym kolejnym razem więc dokładałem nową technikę: „Leszek oddychaj, Leszek oddychaj”. To było też fajne, bo jak myślałem o swoim oddechu, to łatwiej było mi znaleźć rytm zjazdu na desce.

Myślę jednak, że wielu ludzi uczy się czegoś nowego i ucieka im wtedy coś innego, co wcześniej było naturalnym nawykiem. Nie wiedzieć czemu zapominają o tym. Należy wtedy to świadomie ponownie włączyć. To już jest szybkie, bo już to potrafimy i wtedy zaczyna to wszystko pięknie współgrać. Zostaje później tylko szlifowanie się i doskonalenie w nowej technice z wykorzystaniem starej wiedzy.

  1. Jeszcze jeden raz

Ucząc się jazdy na snowboardzie wykupiłem od razu dziesięć zjazdów. Mimo to po pięciu zjazdach ze stoku miałem tego zupełnie dość! Byłem tak poobijany i zadyszany, że pomyślałem: „Wystarczy, to już ostatni dzień tego urlopu, trzeba oddać deskę i dać sobie spokój”. Zastanowiłem się jednak przez chwilę logicznie i doszedłem do wniosku: to nie ja! Przecież jeszcze moje ciało nie za wiele się nauczyło, jeszcze mam trochę czasu. Postanowiłem, że jeszcze raz wjadę na stok – nie pięć razy, ale jeszcze raz – szósty zjazd i to już będzie koniec.
Wjeżdżałem z takim przekonaniem, że jak będę zjeżdżał, to będę trochę lepszy niż za wcześniejszym razem i przede wszystkim będę pamiętał o oddechu.

Zjechałem szósty raz, nadal byłem zmęczony, ale stwierdziłem: „Dobra, jeszcze raz!”. Tak się stało kolejny i kolejny raz. W ten sposób, dokładając sobie tylko jedną próbę, zjechałem łącznie 5 razy, czyli wyjeździłem cały karnet. Moja nauka trwała ok. 3 godzin, ale moje dwa ostatnie zjazdy były naprawdę przyjemne i czułem, że już moje ciało zrozumiało ten proces. Zjeżdżałem na dół i nie byłem już tak zadyszany, było też mniej upadków – kilka, a nie kilkanaście.

To znowu bardzo cenny wniosek – jeżeli cokolwiek robimy i przychodzi kres naszych możliwości: „Już nie dam rady, nie wykonam kolejnego telefonu, nie zrobię następnego spotkania, nie przeprowadzę kolejnej rozmowy, to powyżej moich możliwości!”, to dołóżmy sobie tylko jeden mały kawałek. „Dobra, jeszcze jeden krok, jeszcze jeden telefon, jedna rozmowa, jedna propozycja” i okazuje się, że wiele takich małych elementów może złożyć się na duży sukces. Dla naszego umysłu jeden mały krok to nie jest dużo, ale z tych małych kroków składa się tak naprawdę całe nasze życie.

A na koniec…

Obserwując całą moją naukę jazdy na snowboardzie, odkryłem też trochę bardziej swój charakter. Stałem się bardziej tym, kim jestem. Jak się na coś uprę i bardzo tego chcę, to przeszkody są nieważne. To, że ktoś w biznesie np. nie skorzysta z mojej propozycji, to nic – podnoszę się, idę dalej. 

Osobom, które będą czytały tego bloga serdecznie życzę takiego sposobu myślenia: Upadłeś? Powstań! I idź. Jak mówi Jacek Walkiewicz: „Upadłeś – to co! Wstań, idź dalej”. Nic się tak naprawdę nie dzieje, chyba że w swojej głowie zaczniemy sobie wkręcać: „Jaki ja jestem nieszczęśliwy i poobijany, nie potrafię, nie zasługuję, nie należy mi się…”. Porzućmy to wszystko! Skoncentrujmy się na naszym celu i upadajmy, a potem wstawajmy, upadajmy – wstawajmy. Za każdym kolejnym razem upadek będzie krótszy i mniej bolesny, a dobrych chwil i równowagi będzie coraz więcej.

…kilka wniosków

Wysnułem też wiele innych wniosków, myślę jednak, że te były najważniejsze: najpierw zrób coś nowego możliwie najbardziej precyzyjnie w swojej głowie, nie bój się upadku, podnieś się po każdym z nich, ruszaj jak najszybciej, a w momencie kiedy Twoje ciało krzyczy „Wystarczy! Dość!”, to zrób jeszcze jeden, mały krok, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden.

Właśnie takie postępowanie może spowodować, że będziemy w końcu mieli w życiu to, na co zasługujemy i o czym marzymy. Często z tęsknotą patrzymy na to u innych, ale widzimy tylko efekt, a nie widzimy drogi dojścia do niego… My też tę drogę możemy pokonać. Ja mogę być drogowskazem dla wielu ludzi w procesie rozwoju, w budowania swojego biznesu, ale nie mogę tej drogi za nich przejść. Dlatego wierzę, że osoby, które będą to czytały, wyciągną z tego dla siebie dobre wnioski i czy to w sporcie, czy w biznesie, czy w swoim rozwoju – nie będą bały się upadku. Upadek jest rzeczą naturalną – trzeba szybko się podnieść i iść do przodu. Upadłeś? Powstań! I idź.

Trzymaj się zdrowo,

Lechosław Chalecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *